globus
pasek górny

AFRYKA - Kongo - Baza artykułów

pasek górny

Pierwsze wrażenia z Afryki

pasek górny

Kisangani 5.10.99

Piszę do Was te parę słów już z Afryki, z serca czarnego lądu a dokładnie z Kisangani (Congo). Dzisiaj właśnie tutaj dotarłem. Zanim opiszę co tutaj nas spotkało, może zacznę od naszego wylotu z Brukseli. W sobotę rano (2.10) pożegnaliśmy się ze wspólnotą prokury misyjnej i wyruszyliśmy na lotnisko. My, to znaczy Rafael van Dongen, Holender (71 lat), Paweł Słowik, Polska (34 lata) i ja, najmłodszy i najbardziej niedoświadczony z misjonarzy. Pierwszym etapem naszej drogi stała się stolica Rwandy - Kigali, stąd właśnie mieliśmy szukać okazji, aby dotrzeć do Kisangani, naszego domu SCJ, aby dalej dostać się do swoich placówek.

W Kigali byliśmy ok. 19.10, z lotniska udaliśmy się do "Centre Christus" gdzie mogliśmy skorzystać z noclegowni. Pierwsze próby przedostania się do Kisangani rozpoczęliśmy od zdobycia informacji kiedy i jak można to zrobić. Jednak w niedzielę niewiele załatwiliśmy. Za to w poniedziałek udało się kupić bilety na samolot bezpośredni do Kisangani, który startuje we wtorek rano. Przy okazji miałem możliwość zetknięcia się z życiem ludności afrykańskiej (wycieczkowo - co prawda) ich zaangażowaniem np.: podczas Mszy św. a także z przyrodą tego ciepłego kraju, choć moi towarzysze podróży mówili, że to dopiero przedsmak prawdziwej Afryki - buszu.

We wtorek, czyli dzisiaj udaliśmy się na lotnisko aby według planu o 9.30 wylecieć z Kigali. Jak się później okazało, wylecieliśmy o 11.20 (tutaj już działa czas afrykański). Po godzinie lotu samolot zaczął lądować w Kisangani. Zgodnie z zapowiedzią lotnisko było obstawione przez wojsko a sam budynek wyglądał jak zdewastowana, opuszczona obora PGR-u. Tutaj przeszliśmy przez kontrolę celną i po odprawie paszportowej załadowaliśmy bagaże do samochodu Ks. Prowincjała - Mathisa, który od poniedziałku wyjeżdżał na każdy samolot, którym mogliśmy przylecieć (ok. 17 km od naszego domu). Tak więc cali i z bagażem przyjechaliśmy do naszego domu.

Przy obiedzie jedyny zostałem wyróżniony deserem - budyń, tak na dobry początek. Już pod wieczór dowiedziałem się, że do Mambasy tak szybko nie pojadę, tzn. zatrzymam się wcześniej w Tshopo (Czopo) dzielnica Kisangani, gdzie będę się uczył języka regionalnego. Powoli też poznaję księży, którzy tutaj pracują, między innymi Ks. Władysława, który już jutro chyba wyjeżdża na urlop do Polski i zabierze te wieści dla Was. Dlatego spieszę się z tym listem jeszcze bez wielkich wrażeń na papierze. Ale to co już widziałem zapiera dech w piersiach, wysokie palmy, drzewa kokosowe, niesamowita tropikalna prawie roślinność, wąskie, udeptane nogami drogi i gliniane chatki murzyńskich wiosek, bliżej centrum miasta przykryte blachą. Przede wszystkim zaś ci ludzie, którzy wpatrują się w okna samochodu, jakby pierwszy raz widzieli "białego", matki niosące dzieci na plecach, w chustach, a na głowach kilogramy pakunków. Ich oczy wypatrujące pomocy, spokoju...

Kiedy to wszystko piszę tak na gorąco (nawiasem mówiąc - wieczorem było 26ºC) przypominają mi się wasze twarze, moi drodzy, nasze ostatnie słowa, gesty pożegnania; "gdzie ty się pchasz?... Jak tam jest...?"

Jak jest, już widzę, jak będzie - tego nie wie nikt, ale wierzę, że z waszą pomocą podołam temu zadaniu, które przed nami stoi. Już teraz dziękuję Wam za wszystko, przede wszystkim za Waszą modlitwę i ciągle o nią proszę. Dziękuję za wasza życzliwość, zwłaszcza w te ostatnie dni. Dziękuję, że byliście chętni spotkać się ze mną niejednokrotnie pokonując daleką drogę i kradnąc czas swoim sprawom. Jednocześnie przepraszam tych, do których nie mogłem w stanie już dotrzeć. Mógłbym tu wiele przykładów podać. Ze spotkań wystarczą może dwa; zjazd "miłośników" Krakowa z Zakopanem i to najważniejsze spotkanie mojej rodziny w ostatnich dniach przed wyjazdem. Co dobre - rozpowiadajcie, co złe - wybaczcie i zapomnijcie.

Jak już wspomniałem przed wyjazdem, korzystam z dobroci moich najbliższych, aby te wieści dotarły do wszystkich naszych znajomych. Tak więc, gdy przeczytasz ten list podaj go tym, którzy też chcieli by wiedzieć, co u mnie słychać.

Nie wiem, kiedy będzie okazja przesłania kolejnych listów, ale już dzisiaj składam gorące życzenia wszystkim solenizantom i jubilatom. Wiedzcie, że w dniu Waszej uroczystości, ja o Was pamiętam przed Bogiem.

Jeśliby ktoś chciał coś napisać, proszę adresować na Brukselę (stary adres) i jedna wielka prośba - listy bez udziwnień, jak najlżejsze, bez kartek itp. Tutaj działa poczta grzecznościowa, więc nie można obciążać kogoś kilogramami.

Jeszcze raz Was serdecznie pozdrawiam życząc obfitych łask Bożych. Niech Was wszystkich błogosławi Bóg Wszechmogący. Ojciec i Syn i Duch Święty.