globus
pasek górny

AFRYKA - Kongo - Baza artykułów

pasek górny

Świadectwa dawnych misjonarzy

pasek górny

Było to w czasie wakacji w latach osiemdziesiątych, gdy miałem przyjemność przeżyć parę miesięcy z O. Wincentym, leciwym zakonnikiem naszego Zgromadzenia. Ojciec Wincenty był Holendrem, przyjechał do Konga dawno temu - mówiono tak o nim; pełnił na misjach w Kongu rozmaite ważne funkcje, lecz większość z nich przypadała na szkolnictwo. Wakacje spędzaliśmy we dwóch na jednej parafii. Ojciec Wincenty Misjonarz ks.  scjprzywoływał mi na pamięć, nie wiem dlaczego, niezwykle ciekawą książkę o wielu dawnych i dziwnych historiach. Wieczorem, po skończonych zajęciach w parafii ta moja dziwna książka otwierała się i w opowiadaniach O. Wincentego przesuwały się cudowne stronice tej książki zapisane pasjonujący życiem mojego leciwego współbrata. Opowiadania wydawały mi się dawne gdyż o Wincenty przyjechał do Konga w 1937, czyli rok przed moim narodzeniem. Podróże do Afryki w tym czasie odbywały się jeszcze statkami i były długie, tym bardziej, iż nasi ojcowie nie podróżowali statkami pasażerskimi, lecz z racji niższej ceny wsiadali na statki handlowe.

Ojciec Wincenty zaczynał swoje opowiadania od słowa: "dawniej". To "dawniej" rozpoczynało długie opowiadania o podróżach, o pożywieniu, o przygotowaniu dzieci do chrztu... "Dawniej" w jego ustach znaczyło: "kiedyś było inaczej", albo też "kiedyś było znacznie trudniej niż dziś". Dawniej - mówił Ojciec Wincenty, nie było zimnej wody jak dziś. Teraz na każdej parafii jest lodówka, można sobie wypić szklankę zimnej wody kiedy się ma na to chęć. Gdy ja przyjechałem do Kongo - snuł wspomnienia Ojciec Wincenty, lodówek nie było, nawet w rezydencji biskupa nie było lodówki. Wodę do picia przechowywaliśmy w wielkich dzbanach glinianych. Trzymało się te dzbany w rogu pokoju jadalnego przykryte czarną tkaniną i tak woda źródlana zachowywała swoją świeżość nawet parę dni. Dawniej woda pitna była bardzo smaczna, mimo, że nie była przechowywana w lodówkach jak dziś. To przez ten czas zmienił się smak wody - pytałem go niewinnie. Nie zmienił się proszę księdza smak wody, lecz dziś bierzecie wodę do picia gdziekolwiek, z kurka, ze źródła wątpliwej jakości. My mieliśmy źródła pitnej wody daleko w lesie, były to źródła pewne i krystalicznie czyste. Gdy w pobliżu nie było naprawdę czystego źródła wody pitnej to nie budowało się tam misji.

Dawniej, mówił Ojciec Wincenty, nie mieliśmy czasu wolnego na naukę języka. Po przyjeździe na miejsce, szło się do biskupa, a biskupem był nasz współbrat i on wyznaczał nowemu misjonarzowi misję. Przez tydzień uczył się człowiek czytać Mszę św. w języku miejscowym a po tygodniu już się odprawiało. Pracę misyjną zaczynało się zawsze w buszu i tam żyjąc i pracując uczyło się języka. Początkowo mówiło się kazania po francusku, a katechista tłumaczył je na język ludu. Dziś nowoprzybyli księża idą na kurs języka po przyjeździe tu na miejsce, a następnie mają okres adaptacji. Dawniej nie było tak i dobrze nam było.

Dawniej, proszę księdza nie było tak łatwo o pieniądze jak dziś - otwierała się znów nowa, długa karta z życia naszego o Wincentego. W Europie dawniej nie było pieniędzy; fundusze na życie, na budowę kościołów i szkół trzeba było zdobyć tu na miejscu. Ludność europejska, dość liczna, która tu żyła, miała dużo pieniędzy i my za rozmaite usługi staraliśmy się zdobyć od nich pieniądze na nasze potrzeby. Życie było inne niż dziś, w mieście żyło dużo białych, którym sprzedawaliśmy nasze wyroby. W Małym Seminarium mieliśmy hodowlę kur, sprzedawaliśmy każdego dnia świeże jaja i kurczaki. Był tam też duży ogród z kwiatami, a w sobotę przyjeżdżały do nas "białe damy" z miasta aby wybrać bukiet na niedzielę. Mieliśmy też pola uprawne, na których pracowali dorywczo, w wolnych chwilach uczniowie Małego Seminarium. Przy parafiach byli bracia zakonni, którzy nadzorowali pracę w stolarniach i cegielniach, mieliśmy więc na miejscu materiał budowlany i sprzedawaliśmy jego część żeby mieć pieniądze na codzienne życie. Plantacje kawy i drzew kauczukowych przy parafiach wiejskich dawały też duże zyski. Dawniej żyliśmy z pracy, a dziś żyjemy z ofiar ludzkich i to nie jest dobre - kończył o. Wincenty. Ojcze, zapytałem, a jak doszło do tej zmiany, że dawniej żyliście z pracy rąk, a dziś żyjemy z ofiar ludzi? Dawniej - już to mówiłem, nie było dużo pieniędzy w Europie, pieniądze były tu na miejscu. Wielkie kopalnie miedzi, złota i diamentów były tu na miejscu i dochód z ich eksploatacji był inwestowany tu na miejscu; ludzie mieli pracę, dobrze zarabiali. W buszu były wielkie plantacje, drogi były dobrze utrzymane, małe przedsiębiorstwa usługowe funkcjonowały bardzo dobrze. Przedwcześnie uzyskana niepodległość 30 czerwca 1960 roku, a następnie rebelia z 1964 roku zniszczyły wszystko.

Prezydent Mobutu ze swoją kliką rozgrabił jeszcze to co pozostało po białych i tak doszliśmy do tego, że żyjemy dziś z uproszonych pieniędzy w Europie. Ojcze, zapytałem nieśmiało, a u was w Holandii jak jest zorganizowana pomoc dla misjonarzy?

Najpierw każdy misjonarz sam musi coś zorganizować. W czasie wakacji trzeba odwiedzać znajomych księży i prosić ludzi o pomoc. Mam też powiedział o. Wincenty w swojej parafii grupę przyjaciół misji, która dwa razy w roku zbiera drobne ofiary w mojej intencji. Ofiary składane są u mojego bratanka, gdyż on jest animatorem tej grupy. Mam też rentę już od paru lat, i tak proszę księdza nie jestem dla was ciężarem, lecz też mogę wam czasami pomóc. Faktycznie o. Wincenty był ofiarny nie tylko dla ludzi, lecz i dla nas księży.

Wieczorem było nas trzech księży na uroczystości 40-lecia przybycia o. Rafaela do Konga. Wieczór był miły , a o. Rafael jak zwykle snuł wspomnienia o dawnych latach, które mnie wydawały się odległymi, a ks. Pawłowi najmłodszemu z nas musiały już trącić myszką. Po przyjeździe zacząłem pracować w Kole. Miła praca - mówił o. Rafael. Nadzorowałem szkoły katolickie, płaciłem nauczycielom i odprawiałem Msze św. po plantacjach zarządzanych przez Europejczyków. A w wioskach nie odprawiał ojciec Mszy św. - zapytałem. W tym czasie kaplice były tylko przy miejscach pracy, gdzie byli robotnicy tam były i kaplice. W buszu robotnicy byli tylko przy plantacjach. A może nie chodziło tu o pracowników plantacji lecz o miejsce pewne na kaplicę. Plantacje uważaliśmy wtedy jako teren pewny, gdyż właścicielem plantacji był biały człowiek - Europejczyk. W wioskach tubylczej ludności nie było wtedy kaplic, znacznie później zaczęły powstawać kaplice we wioskach tubylczej ludności. W pierwszym roku swojej posługi kapłańskiej w Kongu o. Rafael zapadł na gruźlicę, wywieziono go więc na leczenie do ojczystej Holandii, gdzie po podleczeniu wycięto mu jedno płuco.

Po rocznym wypoczynku o. Rafael znów był w Kongu lecz w buszu już nigdy nie pracował. Mieszkałem w jednym domu z o. Rafaelem przez 8 lat, słuchałem więc jego ciekawych opowiadań o dawnym życiu misjonarzy. O. Rafael ma wszędzie przyjaciół, chodzi w dzielnicy pieszo odwiedzając chorych. O. Rafaela lepiej usłyszeć na ulicy niż zobaczyć, gdyż ciągną za nim gromady dzieci skandując mupe bonbon co znaczy ksiądz cukierek. O. Rafael zatrzymuje się na chwilę daje kilkoro dzieciom po parę groszy na cukierki i dalej idzie, a dzieci które jeszcze nic nie potrzymały idą za nim, gdyż wiedzą, że każde z nich coś otrzyma. Kiedyś w nocy miał o. Rafael mocny krwotok, pobiegłem szybko po znajomego lekarza, który bez większych kłopotów zatrzymał kaszel i związany z nim krwotok. Pytałem lekarza jakie jest jego honorarium, a on prawie z oburzeniem odpowiedział mi, że od takich ludzi jak o. Rafael nie bierze się honorarium, gdyż on pomaga wszystkim ludziom, a zwłaszcza naszym dzieciom.

Kiedyś o. Rafaela nie było cały dzień w domu, wyjechał rowerem do parafii, gdzie w każdą niedzielę odprawia Mszę św. O zmierzchu wrócił do domu z małym zawiniątkiem i poprosił mnie do siebie. Byłem na grobach naszych dwóch współbraci mówił o. Rafael, którzy zginęli w 1964 roku w czasie rebelii. Wziąłem ze sobą kilku chłopców, żeby mi pomogli uprzątnąć groby. Poszerzaliśmy też teren wokół grobów i niech popatrzy ksiądz cośmy znaleźli. Odwinął zawiniątko i pokazał mi dwa kawałki zardzewiałego żelaza. Położył je z szacunkiem na stole i mówił są to groty z dzid którymi zabito naszych współbraci. Przy dobrej wierze można by się dopatrzyć w tych kawałkach żelaza starych grotów do dzid afrykańskich. Widząc moje powątpiewania o. Rafael zabrał się do przekonywania mnie, że są to faktycznie groty dzid, którymi byli zamordowani dwaj nasi współbracia. Księże - mówił o. Rafael - ja rozmawiałem ze świadkami ich śmierci.

Ks. Konrad był ukryty w lasku za plebanią, lecz jego kucharz go zdradził i nie zabili go tam w lasku lecz poprowadzili go dość daleko od domu, gdyż rebelianci bali się przesądnie księży i nie chcieli mieć nawet ich trupów w pobliżu swoich domostw. Ludzie opowiadali mi że ks. Józefa Konrada i br. Alojzego Pabsa zabili lancami. Zabili naszych i bojąc się przesądnie zostawili je tam przy miejscu mordu. Ja jestem przekonany, że są to groty lanc którymi zostali zabici nasi współbracia. O. Rafael przeżył rebelię w Kisangani, był w tym czasie kapelanem szpitali, widział więc wszystkie okrucieństwa tego okresu i znał martyrologię księży i sióstr czasu rebelii.

Większość księży i sióstr zakonnych została zamordowana w dzielnicy miasta Kisangani na lewym brzegu rzeki Konga w pobliżu naszej parafii św. Marty. W czasie opuszczania Kisangani rebelianci wysadzili dom w którym dokonali masakry sióstr i księży. O. Rafael utrzymuje w czystości parcelę po tym domu i nazywa to miejsce placem męczenników. Mimo tylu cierpień doznanych i widzianych w czasie rebelii o. Rafael nie ma uprzedzeń do tubylczej ludności...

Jak zboże dojrzewa w słońcu tak w cierpieniu człowiek.