globus
pasek górny

AFRYKA - Kongo - Baza artykułów

pasek górny

Splądrowana nasza misja w Kongo

pasek górny

Najpierw granaty i pociski z moździerza. Potem straszliwe plądrowanie, dokonane przez żołnierzy z przekrwionymi oczami. Trzymając w rękach jedni maczetę, drudzy automaty, wpadli do misji o dziewiątej rano, wzniecając pożary, rabujący i niszcząc wszystko co napotkali na swej drodze. Przerażający obraz z tysiącami sterroryzowanych uciekinierów, którzy szukali schronienia w lesie.

12 października 2002 r., w Mambasa, w Górnym Kongu, zniszczyli ogniem i mieczem również sercańską misję kierowaną przez księży Nerio Broccardo z Padwy, pracującego w Afryce od trzydziestu lat, i Silvano Ruaro, mającego 64 lata i pochodzącego ze Schio. Niszczenie misji trwało 8 godzin, do godziny piątej po południu. Pozostawili po sobie ruiny i zniszczenie: zburzony kościół, szpital, domy mieszkalne i szkoła zawodowa, duma misji. Zrabowano także zapasy żywności, samochód ciężarowy i dwa dżipy, konieczne do komunikacji zewnętrznej. Misjonarze są zupełnie odizolowania od świata a z nimi również dwa tysiące uciekinierów od kilku miesięcy obozujących koło misji, uciekając przed działaniami wojennymi, które sieją śmierć w tym afrykańskim kraju. Tragedia wydarzyła się w sercu dżungli, dwieście kilometrów od Kisangani, w mieście najbliższym tych wydarzeń. Miejsce to, to wioska Mambasa, zamieszkała również przez ludy pigmejów, znajduje się ona w tragicznym położeniu, musi w jakiś sposób zapewnić sobie żywność, a na pierwsze zbiory można liczyć dopiero po upływie dwóch miesięcy.

"Nie zapomnę nigdy tego straszliwego dnia 12 października – mówi ks. Silvano – Uratowałem się kryjąc się w lesie... W pewnej chwili, ci bandyci o nagich piersiach i nafaszerowani narkotykami, poczęli strzelać do krów, które znajdowały się od nich jakieś 10 metrów. Przywarłem do ziemi, pragnąc stać się jak najmniejszym, po prostu zlać się z ziemią".

Dramatyczny jest również opis Sergiusza, jednego z kongijskich seminarzystów: "Ci żołnierze, których raczej trzeba nazwać rozbójnikami, uważali, że otrzymali pozwolenie, aby rabować, zabijać i gwałcić, za to im płacono".

Silvano i Nerio, jedyni misjonarze pozostali w Mambasa, czynią to, co mogą, aby stawić czoło sytuacji, która ich całkowicie przerasta. Proszą o pomoc i wsparcie wysyłając faksy do współbraci we Włoszech. Jeden z nich, z datą 17 października, dociera na ul. Commissario, gdzie ma swoją siedzibę wspólnota z Padwy. Piszą: "Pierwsza nasza troska ma na względzie ludzi, którzy stracili wszystko. Uratowali się oni uciekając do lasu w tym, co mieli na sobie. Czegoś podobnego nikt w Mambasa nie widział nigdy, nawet w czasie rebelii w roku 1964. My żyjemy i jesteśmy zdrowi, lecz niepokoimy się o porwane dziewczęta; jedna z nich wyszła za mąż miesiąc temu. Żołnierze porwali ją na oczach zrozpaczonego młodego męża. Spalili także wioskowy bazar i zabrali Najświętszy Sakrament przechowywany w naszej kaplicy. Wszystko to jest makabryczne".

Następnego dnia, do sercanów w Padwie nadchodzi drugi faks, w którym pisze się o braku lekarstw, soli, mydła i żywności. "Uratowaliśmy jakąś śmieszną sumę pieniędzy – piszą księża – przeznaczymy ją na pomoc ludziom, którzy oblegają misję. Nie mają co jeść, ich domy zostały splądrowane. W Mambasa powstaje widmo ludzkiej klęski".

Misjonarze nie szczędzą krytyk w odniesieniu do "Monuc", organizacji ONZ w Kongo: "Co oni tutaj robią? Czy to możliwe, żeby ich urzędnicy nie wiedzieli o niczym?

Trzeci faks, podpisany przez ks. Silvano, z datą 18 października, tym razem przesłany zostaje do Mediolanu, do prowincjała Księży Sercanów.

"Wczoraj i dzisiaj – pisze ks. Silvano – wielu okazało nam solidarność. Z przeproszeniami przybyli także niektórzy żołnierze. Od ich przywódcy, pułkownika Ngalimo Freddy, zażądałem uwolnienia porwanych dziewcząt i zwrotu dóbr zabranych ludziom. Tylko pod tymi warunkami, powiedziałem mu, zacznę wierzyć w jego szczerość. Mam nadzieję, że zrozumiał: jaśniej już nie mogłem mówić. Doświadczenie było okrutne, ale mamy jeszcze wiarę i nadzieję".

W Padwie, wydarzenia w sercańskiej misji znalazły oddźwięk również u adwokatki Paoli Sainati. "Byłam w Mambasa w sierpniu tego roku – wspomina – Wojna była bliska, lecz nigdy bym nie myślała, że może dojść do zaatakowania misji".

Dzielna prawniczka postanowiła utworzyć specjalne stowarzyszenie. "Otrzyma ono nazwę ‘Ku Kongu’ – ogłosiła – i przyjmie do swego grona wszystkich, którzy pragną konkretnie pomagać misjonarzom w umęczonym regionie i zapomnianym przez Boga i świat".

Paolo Gabrielli